W Indonezji spędzamy cały kwartał. To zdecydowanie za mało, by poznać to państwo tak niebywale zróżnicowane pod względem kulturowym, architektonicznym i przyrodniczym. Nic dziwnego, że to niemożliwe w tak krótkim czasie. Indonezja to przecież największy wyspiarski kraj świata. W jego skład wchodzi (w zależności od źródła) 17 500-18 000 wysp. 18 tysięcy wysp… taaak – to budzi respekt… Mając więc świadomość, że kwartał to za mało, by zobaczyć jak najwięcej – postanowiliśmy zobaczyć jak najlepiej i – jak najpełniej.

Podczas tego pobytu skupiliśmy się na Lomboku, Bali, Jawie oraz trzech wyspach Gili (Meno, Air i Trawangan, czasem zwane Gili T.), przemieszczając się między nimi, pomieszkując na każdej i próbując zrozumieć każdą z osobna – zamiast tylko je „odhaczyć”.

Dziś zatem o życiu i mieszkaniu w chacie na palach na Gili Meno
Na tej maleńkiej wyspie, którą można obejść podczas dwugodzinnego spaceru, zamieszkaliśmy między bogami a duchami, gdzieś pośrodku, czyli w domu wniesionym na palach. W miejscu, które swoją nietypową konstrukcję zawdzięcza nie tylko pragmatyzmowi, ale i wymiarowi duchowemu.

Między duchami i bogami – „rumah panggung” – chata na palach Gili Meno
Mieszkanie nad ziemią – na podwyższeniu, pod nieboskłonem – ma swój symboliczny przekaz. Według wierzeń Sasaków, zamieszkujących Lombok, dół – grunt – to przestrzeń należąca do duchów. Niebo to domena bogów i zmarłych przodków. Człowiek, mieszkając w chacie na palach, zajmuje więc miejsce pomiędzy tymi dwoma światami. Jest to przestrzeń bezpieczna i to nie tylko symbolicznie. Podwyższenie chroni przed nieproszonymi gośćmi: insektami, gryzoniami czy wężami. Zabezpiecza też domostwo przed wodą. Nic dziwnego, że takie konstrukcje powstawały często na terenach podmokłych i zalewowych.

Domy na palach, znajdujące się nad ziemią, budowane były z naturalnych materiałów – strzechy palmowej, bambusa, drewna i tropikalnych traw. Do budowy tych dla wyspiarzy nie używano gwoździ, lecz jedynie techniki ciesielskie. Dom chronił przed deszczem od góry, bo woda ściekała z gęstego poszycia dachowego po jego zewnętrznej stronie, nie przedostając się do wnętrza domu, i od dołu, bo nie wdzierała się do środka od gruntu.

Naturalna klimatyzacja i funkcjonalność domu
Był również doskonale wentylowany. Pod chatą swobodnie przepływa powietrze. To naturalna klimatyzacja, bardzo cenna przy wysokiej temperaturze i wilgotności. W takich specyficznych i niełatwych warunkach każdy ruch powietrza robi różnicę.
Domy na palach to obserwacja świata przyrody, swoista odpowiedź na panujący w tej części świata klimat, ale też na sposób myślenia o świecie, w którym człowiek nie stoi ani na dole, ani na górze – tylko gdzieś pomiędzy.

Skromnie a jednak luksusowo
Dom, który stał się naszą miejscówką na czas spędzony na Meno, nie był produktem zbudowanym typowo pod turystę, żeby mógł on „poczuć klimat”. Nasze tymczasowe M było oryginalną chatą rumah panggung, która sprowadzona została na Gili kilka lat wcześniej z sąsiedniego Lomboku. Jedynym ukłonem w stronę osób nie do końca przyzwyczajonych do mocno skromnych warunków była łazienka. Niewielka, skromna, dobudowana na tyłach chaty – już na poziomie 0. Nie było w niej ciepłej wody, a ta, która leciała z kranu i spod prysznica była słonawa, ale – mieliśmy łazienkę w obrębie domku, nie trzeba było jej szukać w innej części ogrodu, to niebywały plus.

Nasza chata składała się z drewnianej werandy, gdzie można było usiąść i cieszyć się odgłosami natury o każdej porze dnia i nocy, dużego pomieszczenia będącego i pokojem dziennym i sypialnią, z bambusową podłogą, ścianami z drewna i strzechą na dachu, skromnej łazienki, w skład której wchodziła toaleta, umywalka plus prysznic, z którego płynęła zimna słonawa woda.

Słona woda na wyspie – dlaczego to norma
Nie dość, że zimna, to jeszcze słona? Tak — i nie jest to żadna anomalia, lecz dość typowe zjawisko na niewielkich wyspach. Słona woda w kranie i pod prysznicem wynika z ograniczonych zasobów słodkiej wody pod powierzchnią gruntu, które łatwo ulegają mieszaniu z wodą morską. W efekcie lokalne ujęcia często dostarczają wody o wyczuwalnym stopniu zasolenia. Dlatego zamiast „kranówki jak u nas”, korzysta się po prostu z tego, co dana wyspa jest w stanie realnie zapewnić.

Oczywiście, dostępny jest tu również „europejski standard” – ciepła, słodka woda pod prysznicem – ale zwykle wiąże się to z pobytem w hotelach lub resortach i zupełnie innym poziomem kosztów.
Ale wracając do samej chaty. W naszej mieliśmy również prąd, co w tropikach jest ogromnym atutem i kuchnię – na świeżym powietrzu, lecz pod zadaszeniem. Wraz ze stołem i wygodnymi ławami znajdowała się w innej części ogrodu. To tu powstawały najwspanialsze pancake’i z bananami i smoothie z papai, bo kuchnia, zasilana prądem, posiadała też infrastrukturę umożliwiającą swobodne gotowanie podstawowych potraw.


Pod naszym domem, na podeście znajdowała się przestrzeń użytkowo-relaksacyjna – mały stolik, dwie poduchy służące za podpórkę pod plecy.
W wielu gospodarstwach na wszystkich wyspach Gili obserwowaliśmy podobne przestrzenie służące wyspiarzom zarówno jako miejsce pracy, przygotowywania posiłku, a także – miejsce wspólnego ich spożywania, często podczas sąsiedzkich spotkań.


A jak się tu mieszka komuś, kto tak nie mieszka na co dzień?
Mieszkanie pośrodku niczego, jeśli mowa o atrakcjach turystycznych, to coś, czego szukaliśmy i co tutaj w tej pozbawionej zbytków miejscówce – znaleźliśmy.
Zieleń, śpiewające ptaki, szumiące wysokie palmy, piejący kogut, krowa pasąca się w sąsiedztwie, a nocą cykające owady i niebo usiane błyszczącymi gwiazdami, doskonale widocznymi, bo widoczności nie zakłócały uliczne latarnie. To wszystko dawało poczucie spokoju i sielskości, tak dalece odbiegających od tego czego często doświadczamy w innych miejscach.

Tę naturalną ciszę przerywała tylko dobiegająca echem modlitwa muezina kilka razy dziennie i – niestety, ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu – echo imprez, jakie wieczorem odbywały się na sąsiedniej wyspie. Bo o ile Gili Meno ma etykietkę wyspy cichej, niemal nudnej, bo bez głośnych imprez i życia nocnego, o tyle, jej sąsiadka – Gili Trawangan – wręcz odwrotnie. Hałas wieczorno-nocnych imprez doskonale niósł się po wodzie powodując, że w niektórych częściach wyspy był słyszany, jak niechciana impreza w bloku, u sąsiada dwa piętra niżej.


Warto, czy nie?
Czy warto zrezygnować z wdrukowanego turystycznego standardu gwarantującego to, do czego człowiek przywykł i zamieszkać skromniej, żeby nie powiedzieć – zgrzebniej?
Cóż, wszystko zależy od tego, czego człowiek oczekuje gdy jedzie na koniec świata, na jak długo jedzie oraz – co nazywa luksusem. Dla nas, luksusem jest cisza, przestrzeń i natura. I choć owszem, podczas tej podróży mieszkamy nie tylko w chatach i chatkach, ale również w wygodnych „po europejsku” domach i mieszkaniach a nawet wieżowcach, tu, w sercu Meno, pod dachem ze strzechy, było tak, jak na tamten czas potrzebowaliśmy.
Na Gili Meno czuliśmy się tak dobrze, że pobyt tu przedłużyliśmy, co się nam nie zdarzało, choć nie raz kładliśmy się spać w naprawdę wyjątkowych miejscach.
To chyba najlepsza możliwa rekomendacja.

Wszystkie zdjęcia, które znajdują się w blogu Ratunku, żyję – są naszą własnością. Nie wyrażamy zgody na ich wykorzystywanie i/lub przetwarzanie. Zawsze możesz jednak udostępnić nasze artykuły, w których się one znajdują z zastrzeżeniem – że w takiej sytuacji podasz ich autora i źródło pochodzenia.





Dodaj komentarz