Jawa to nie tylko wspaniała przyroda. To także gwar ulic i cisza zabytków. I chyba dopiero kiedy człowiek wyjedzie na chwilę poza wulkany, wodospady i zielone tarasy pól ryżowych, zaczyna rozumieć, jak bardzo różnorodna jest ta wyspa.
Yogyakarta, to miasto nazywane przez mieszkańców po prostu Jogją, jest tego bardzo dobrym przykładem. To miejsce, w którym królewski pałac, pracownia batiku, zatłoczona ulica handlowa i zwykły dom z suszącym się na podwórku praniem potrafią znajdować się niemal obok siebie. Nie ma tu wyraźnej kreski oddzielającej „zabytek” od „codzienności”. Historia nie została zamknięta za muzealną szybą. Ona po prostu nadal tu mieszka. I nie czuje się tego jako obciążenia wielowiekowym doświadczeniem, ale raczej jako zwykłą koegzystencję tego, co było, z tym, co jest. Podobnej rzeczy doświadczyliśmy na Santiago, jednej z Wysp Zielonego Przylądka, o czym piszemy TUTAJ.
A wracając na Jawę, dziś zapraszamy Was na spacer po (nie)oczywistych uliczkach Yogjacarty, przez miejscowych zwanej pieszczotliwie Jogją.

Keraton – pałac, w którym wciąż mieszka sułtan
Zaczynamy od Keratonu – pałacowego kompleksu w samym sercu Yogyakarty. I już tutaj pojawia się rzecz, która dla europejskiego turysty może być trochę zaskakująca: to nie jest wyłącznie historyczny obiekt, który można zwiedzać i potem odhaczyć na mapie must see na wyspie.
Keraton Ngayogyakarta Hadiningrat jest nadal siedzibą sułtana Yogyakarty. Obecnym władcą jest Sri Sultan Hamengku Buwono X, który objął tron w 1989 roku. Co ciekawe, pałac nie jest dziś wyłącznie pamiątką po dawnych czasach. Wciąż mieszka tu sułtan Yogyakarty, Hamengku Buwono X, wraz z rodziną. Kiedy więc spacerowaliśmy po jego dziedzińcach, mieliśmy świadomość, że oglądamy nie tylko historię, ale miejsce, które nadal jest czyimś domem.

To robi różnicę, ponieważ w wielu miejscach na świecie dawny pałac postrzegany jest jako zabytkiem, który można zwiedzić, zrobić zdjęcie i iść dalej. Tutaj jest inaczej – Keraton nadal jest miejscem, w którym mieszka sułtan i jego rodzina, a pałacowa tradycja nie skończyła się wraz z minioną dawno temu epoką lecz nadal jest częścią współczesnej Yogyakarty. Oczywiście nie wszystko można zobaczyć – część przestrzeni, w których mieszka lub przebywa sułtan i jego rodzina, pozostaje poza zasięgiem odwiedzających. To miejsca prywatne, wyłączone z możliwości ich zwiedzania, czemu trudno się dziwić. Na szczęście przestrzeń, którą udostępniono osobom odwiedzającym to miejsce, w zupełności wystarcza, żeby poczuć historię tego miejsca i choć trochę zajrzeć za kulisy jawajskiego dworu.

Można więc spacerować, oglądać dziedzińce, pawilony i elementy dawnej architektury, ale jednocześnie trzeba pamiętać, że to miejsce ważne dla Jawajczyków, a to oznacza, że tu wszystko jest na serio. Innymi słowy, odwiedzając Keraton nie wchodzimy do inscenizacji przygotowanej specjalnie dla turystów. To miejsce nadal żyje własnym rytmem. Odbywają się tu ceremonie, tańce i uroczystości związane z tradycją dworu.

Nieodłącznym elementem Keratonu są ludzie. Mowa o Abdi Dalem Prajurit – zwanych żołnierzami Keratonu. Można ich poznać po charakterystycznych, tradycyjnych strojach, wskazujących na przynależność do konkretnej pałacowej formacji. Ich obecność w kompleksie nie jest jednak elementem dekoracji zainscenizowanej dla turystów, lecz autentyczną służbą reprezentacyjną, a także, co ważne – trzymaniem straży nad tradycją.
Służba w Keratonie dla wielu z nich to powód do ogromnego honoru i dumy. To ciekawe, zwłaszcza w obliczu tego, że nie jest to praca zarobkowa w rynkowym rozumieniu. Ludzie zgłaszają się do niej dobrowolnie, traktując ją jako formę szacunku dla sułtana oraz jawajskiej tradycji. Wynagrodzenie (tzw. kekucap) ma wymiar wyłącznie symboliczny, a główną motywacją służących jest chęć uzyskania duchowego błogosławieństwa (ngalap berkah) dla siebie i swojej rodziny.

Kim są strażnicy Keratonu? To mężczyźni pochodzący z lokalnej społeczności. Często łączą oni służbę w pałacu z codzienną pracą zawodową. Przechodzą proces rekrutacji, mianowania oraz uczą się surowych zasad pałacowej etykiety. W przypadku części żołnierzy nieodłącznym elementem ich stroju jest keris – tradycyjny jawajski sztylet o pofalowanym ostrzu, noszony za szerokim pasem na plecach.

Idąc naokoło widzi się więcej, czyli uważajcie na uprzejmych przechodniów 🙂
Po wyjściu z Keratonu zamierzaliśmy dostać się do Taman Sari, czyli słynnego Pałacu na Wodzie. Oba obiekty dzieli krótki dystans, postanowiliśmy więc pokonać go pieszo. Jeszcze w kompleksie Keratonu podszedł do nas mężczyzna i zaoferował wskazanie krótkiej drogi do Taman Sari. Było chyba z 40 stopni, zbliżało się południe. Kto by nie skorzystał? Skorzystaliśmy zatem.
Czy nasz przewodnik doprowadził nas do Taman Sari? O tak, jak najbardziej. Czy droga trwała dłużej niż kilkanaście minut i wcale nie była prosta, wręcz przeciwnie – zawiła i pełna przystanków? Owszem. Ale co to były za przystanki!

Po drodze znaleźliśmy się w miejscach, gdzie można było kupić batik i inne lokalne wyroby, ze szczególnym uwzględnieniem tych rękodzielniczych. Nie potrzebowaliśmy wiele czasu, by zorientować się, że nie był to przypadek. Potwierdzenie tej myśli zdobyliśmy, gdy jeszcze dwukrotnie ktoś zaczepiał nas w podobny sposób, proponując pokazanie drogi – tylko tym razem w odwrotnym kierunku, do Keratonu. Schemat był za każdym razem bardzo podobny: obcokrajowiec nieznający okolicy szedł „skrótem” za kimś, kto ją znał dobrze, a przy okazji przypadkiem trafiał w miejsca, w których można było coś kupić. Cały proceder był tak naiwnie przewidywalny, że trudno było uznać to wyłącznie za przejaw bezinteresownej chęci pomocy.
Czy żałujemy, że daliśmy się „złapać” na ten marketingowy haczyk? Absolutnie nie. Dzięki temu, że szliśmy z – na potrzeby tego artykułu nazwijmy naszego towarzysza – „lokalnym przewodnikiem”, zobaczyliśmy Yogyakartę, której pewnie byśmy nie znaleźli, idąc najkrótszą i standardową trasą z jednego punktu do drugiego.

Tymczasem bardzo wąskie uliczki prowadziły nas między domami, przed którymi suszyło się pranie, a w klatkach wiszących przy wejściach siedziały ptaki. To dość charakterystyczny obrazek na Jawie, gdzie hodowla ptaków śpiewających ma długą i wciąż żywą tradycję. Klucząc uliczkami, trafiliśmy więc na pracownię batiku, miejsce, w którym przygotowywano i parzono kawę, a także do warsztatu, gdzie z bawolej skóry powstawały misternie wycinane lalki, które wykorzystywano w tradycyjnym teatrze wayang.
Przyznam, że dawno nie cieszyliśmy się tak bardzo, że na „super propozycję pokazania „lepszej drogi na skróty” nie odpowiedzieliśmy zachowawczym standardowym „no, thanks”.

Taman Sari, czyli Pałac na Wodzie, którego już prawie nie ma
Kolejnym punktem naszego planu na „dzień zabytków” był Taman Sari. Popularnie nazywany Pałacem na Wodzie albo Water Castle. Popularnie – i trochę zdradliwie, bo określenie „pałac” może sugerować coś zupełnie innego niż to, co zobaczymy na miejscu.
Taman Sari powstał w XVIII wieku za panowania pierwszego sułtana Yogyakarty, Hamengku Buwono I. Był ogromnym kompleksem królewskich ogrodów, basenów, pawilonów, sztucznych jezior i wysp. Całość była znacznie większa niż zachowane do dziś fragmenty. Tak naprawdę do czasów obecnych z dawnej świetności tego miejsca zachowały się tylko echa jego dawnej wielkości.

Tak, przyznam, że stając w miejscu zwanym Wodnym Pałacem mieliśmy moment konsternacji. Dlaczego? Ponieważ Taman Sari nie wygląda jak typowy wielki kompleks pałacowy, który przyjeżdża się oglądać licząc na wiele oszałamiających zdjęć. Owszem, zostały baseny, bramy, fragmenty murów, podziemne przejścia i charakterystyczne budowle. Jednak cała reszta została zniszczona, popadła w ruinę albo z czasem została wchłonięta przez rozwijające się miasto.

Taman Sari został poważnie uszkodzony między innymi podczas brytyjskiej inwazji na Yogyakartę w XIX wieku, później ucierpiał wskutek zaniedbania i trzęsień ziemi. Mijały lata i z czasem na terenie dawnego kompleksu zaczęli osiedlać się mieszkańcy wyspy.
Dzisiaj pozostałości Taman Sari są właściwie wrośnięte w zwyczajne dzielnice Yogyakarty. Między zabytkowymi murami i pozostałościami dawnych budowli znajdują się domy mieszkańców, wąskie uliczki i codzienne życie. Suszy się pranie, przejeżdżają i parkują tu skutery, z domów słychać telewizyjny program. Trzeba chwili żeby zorientować się, gdzie właściwie kończy się współczesna dzielnica, a zaczyna teren dawnego królewskiego kompleksu i na odwrót. Zajęło nam trochę, żeby sobie to poukładać. To kolejna z rzeczy, które sprawiają, że Jogja jest miastem, które wymyka się wszelkim uogólnieniom.

Malioboro. Ulica, gdzie dzieje się wszystko
Popołudnie na Malioboro Street to doskonały wybór, jeśli szuka się pulsu miasta. To najbardziej znana ulica Yogyakarty. I myślę sobie, że jeśli Taman Sari jest miejscem, w którym historia miesza się z codziennością po cichu, na Malioboro robi to samo, tylko zdecydowanie głośniej.

Malioboro to jedna z głównych ulic miasta, pełna sklepów, straganów, sprzedawców jedzenia, pamiątek i batiku. Ryk silników autobusów miesza się tu z nawoływaniem sklepikarzy zapraszających do swoich punktów i uliczną muzyką, która rozbrzmiewa często i naprawdę głośno. Pomiędzy tym wszystkim toczyło się zwyczajne życie miasta. Niczym szczególnym nie jest tu więc obrazek siedzących wprost na chodniku Jawajczyków grających w szachy, innych – śpiewających europejskie i azjatyckie szlagiery albo po prostu jedzących posiłek, również siedząc na chodniku. Jest tu tłoczno, bardzo głośno i tak samo swojsko.


Turystów jest tu oczywiście mnóstwo, ale równie trudno oprzeć się wrażeniu, że Malioboro wcale nie zostało stworzone wyłącznie dla nich. Ludzie przychodzą tu po zakupy, jedzenie, spotykają się, siedzą na chodnikach, grają w szachy, słuchają muzyki. Turysta jest po prostu jednym z elementów tego ulicznego zamieszania. I chyba właśnie to podobało nam się najbardziej – trudno powiedzieć, gdzie kończy się tutaj turystyka, a zaczyna zwyczajne życie miasta. Wszystko dzieje się obok siebie, bez specjalnego rozdzielania jednego od drugiego.

Warto też wspomnieć o samych Jawajczykach. Spotkani przez nas wyspiarze byli towarzyscy, życzliwi i często skorzy do pomocy. Czasem wystarczyło zatrzymać się na chwilę, żeby ktoś próbował podpowiedzieć drogę albo zagadać. W Yogyakarcie wiele naszych rozmów zaczynało się od tego, że staliśmy, przechodziliśmy lub po prostu usiedliśmy obok kogoś „stąd”.

Jogja jest trochę jak kilka miast naraz
Po całym dniu spędzonym w Keratonie, w uliczkach wokół Taman Sari i na Malioboro, a także po spotkaniach z ciekawymi nas Jawajczykami, zrozumieliśmy, dlaczego Yogyakarta, mimo niesamowitego zgiełku i hałasu, tak dobrze się nam kojarzy.
Nie jest to miasto, które lubi się od pierwszego wejrzenia. Zwłaszcza że potrafi przytłoczyć ilością bodźców. Trochę jak Sajgon, który mnie osobiście zachwycił dopiero podczas drugiej wizyty. Warto więc dać Jogji szansę. Pozwolić jej się trochę oswoić, zabłądzić w kolejnej wąskiej uliczce, porozmawiać z kimś przypadkowo spotkanym i zobaczyć, w jak niezwykłej symbiozie funkcjonują tu historia i teraźniejszość.
Jogja zasługuje na to, żeby ją poznać. Żeby zobaczyć Keraton i trochę rozczarowujący Pałac na Wodzie, dać się przeprowadzić „szybką drogą na około”, a potem przysiąść na ławce przy Malioboro i poprzyglądać się życiu tego zadziwiającego miasta.






Dodaj komentarz