Brunei. Maleńkie państwo na mapie świata i stolica, która potrafi zaskoczyć ciszą. Bandar Seri Begawan nie przypomina azjatyckich metropolii, które pulsują hałasem i tłumem. Tu życie płynie wolniej i spokojniej. To miejsce, w którym warto zatrzymać się na 2-3 dni i poznać jego specyfikę. A specyfika ta rzeczywiście zasługuje na kilka słów. Jeśli kiedyś traficie do tej części świata, warto wiedzieć kilka rzeczy.

Po pierwsze – meczety
Najbardziej znany jest złoty meczet Sultan Omar Ali Saifuddien. Wygląda trochę jak z bajki. Biała bryła budowli, ogromna kopuła pokryta złotem, wokół estetycznie, zielono i gwarno. Miejsce to przyciąga tłumy – zarówno zwiedzających, jak i wiernych. Meczet można odwiedzić i wejść do jego wnętrza. W środku obowiązuje skromny strój zakrywający ramiona, ręce i nogi – a w przypadku kobiet – także włosy. Przed wejściem dla turystów przygotowane są specjalne darmowe okrycia. Wejście do meczetu również jest bezpłatne.






Po drugie – domy na wodzie
Tuż obok centrum miasta znajduje się Kampong Ayer. To cała sieć 40–50 wiosek wodnych, z własnymi domami, szkołami, remizą strażacką, pogotowiem i ponad 10 lokalnymi meczetami. By dostać się z jednej osady do drugiej mieszkańcy korzystają z wodnych taksówek. Łodziami dopływa się też do większości szkół. Działa tu wodna straż pożarna i wodne karetki pogotowia. Pogotowie oprócz transportu kołowego posiada również karetki wodne – kursujące między osadami. Ludzie mieszkają w Kampong Ayer od setek lat i dla wielu to wciąż najbardziej naturalny sposób życia, choć w zestawieniu z nowoczesnymi budynkami znajdującymi się po drugiej stronie rzeki – wydaje się to wręcz niemożliwe. By przyjrzeć się Kampong Ayer z bliższej odległości warto wykupić rejs łodzią. Już godzina wystarczy by przenieść się w zupełnie inny świat.




Po trzecie – przyroda
Kilka minut łodzią od miasta zaczyna się las namorzynowy nad Brunei River. Jego specyfika potrafi zaskoczyć: drzewa rosną tu w słonej wodzie, a ich splątane korzenie tworzą naturalne labirynty wystające ponad powierzchnię rzeki. To siedlisko wielu gatunków ptaków i ryb, ale także nosaczy – jednych z najbardziej charakterystycznych małp świata. Rzeka i otaczające ją namorzyny nie są jedynie drogą prowadzącą do wiosek na wodzie. To również brama do przyrody, której w Brunei wielu odwiedzających zupełnie się nie spodziewa. Warto wsiąść do łodzi z lokalnym przewodnikiem i popłynąć w głąb zielonego labiryntu w poszukiwaniu nosaczy i ptactwa ukrytego w koronach drzew. Po dniu spędzonym w mieście taki rejs wśród ciszy i zieleni okazuje się jednym z najbardziej zaskakujących doświadczeń.


Po czwarte – mental
Brunei jest bardzo spokojne, ale też bardzo konserwatywne. To kraj muzułmański, w którym obowiązują konkretne zasady dotyczące zachowania i ubioru. Zwłaszcza w miejscach dla Bruneiczyków ważnych, czyli w meczetach. W zamian dostaje się coś, czego w wielu miejscach świata już trochę brakuje – poczucie bezpieczeństwa i ludzką niewymuszoną uprzejmość. Jeśli chodzi o słynny azjatycki uśmiech, który podbija serca podróżnych z Europy – tu go nie szukajcie. Uprzejmość musi wystarczyć.

Po piąte – ceny
Brunei jest jednym z najbogatszych państw Azji Południowo-Wschodniej, więc ceny bywają wyższe niż w sąsiednich krajach. Ale jednocześnie miasto jest niewielkie, więc wiele miejsc można zobaczyć w ciągu jednego dnia. I jeszcze jedna rzecz. Bandar Seri Begawan nie próbuje nikogo olśnić na siłę. Nie krzyczy atrakcjami – po prawdzie, nie ma ich w mieście zbyt wiele. Jeden dzień na miasto i jeden dzień na rzekę (wioska i nosacze) to w zupełności wystarczy, by zdobyć więcej niż blade pojęcie o tym miejscu.


Po szóste – kuchnia
Kuchnia Brunei jest mieszanką wpływów malajskich, indonezyjskich i chińskich. W menu często pojawia się ryż, curry, owoce morza i lokalne przekąski. Warto spróbować choćby ambuyat – narodowego dania z sago, które je się, maczając w aromatycznych sosach. To trochę bardziej doświadczenie niż zwykły posiłek.

Po siódme – Ramadan
Jeśli traficie tu w czasie Ramadanu, miasto wygląda trochę inaczej. W dzień jest spokojniej, wiele miejsc działa wolniej, a część restauracji jest zamknięta. Za to po zachodzie słońca wszystko budzi się do życia – miejsca serwujące posiłki otwierają swe podwoje i wtedy można – już zupełnie oficjalnie najeść się tu do syta, siedząc i spożywając posiłek w miejscu publicznym, co nie jest mile widziane w godzinach trwania dziennego postu.

Po ósme – transport i aplikacja Dart.
W Brunei nie działa ani Grab, ani Uber. Zamiast nich jest lokalna aplikacja transportowa – Dart Rider. To właściwie brunejska wersja Ubera. Pobierasz aplikację, zaznaczasz miejsce odbioru na mapie, wpisujesz dokąd jedziesz i po chwili pojawia się kierowca – dokładnie tak jak w innych krajach Azji. Można płacić gotówką albo kartą przez aplikację, a system pokazuje orientacyjną cenę przejazdu jeszcze przed zamówieniem. Tyle teorii. W praktyce działa to… różnie. Czasem samochód pojawia się po kilku minutach. Częściej jednak trzeba poczekać znacznie dłużej, bo kierowców jest po prostu niewielu. Bardzo często – nie podjeżdża w ogóle. Brunei to kraj, w którym większość ludzi ma własny samochód, więc zapotrzebowanie na takie usługi jest mniejsze niż w innych krajach Azji. Jeśli potrzebujesz transportu o konkretnej godzinie – warto zamówić przejazd z wyprzedzeniem.

Po dziewiąte – samochody i… brak chodników
Co może zaskoczyć w Brunei obcokrajowca? Tu prawie nikt nie chodzi pieszo. Kraj jest bardzo bogaty dzięki ropie naftowej, paliwo jest tanie, a samochód ma niemal każda rodzina. W efekcie miasta projektowano z myślą o kierowcach, nie o pieszych. Dlatego bywa tak, że chodnik kończy się nagle w nieoczywistym miejscu, lub – nie ma go wcale. Musisz przejść kawałek drogi… W połączeniu z faktem, że Dart nie podjeżdża i nierzadko drogę do miejsca docelowego trzeba pokonać pieszo, zdarza się, że maszeruje się przy drodze szybkiego ruchu. Transport publiczny też jest dość ograniczony, więc większość mieszkańców porusza się samochodami. Dla turysty oznacza to jedno: albo taksówka (o ile namierzysz postój taksówek – co poza centrum i poza lotniskiem graniczy z cudem), albo dość zawodna naszym zdaniem aplikacja Dart. Piesze zwiedzanie jest możliwe właściwie tylko w centrum. Każda dalsza trasa często zamienia się w marsz główną drogą, bez chodnika. Nie polecamy. Zwłaszcza po zmierzchu.



Po dziesiąte – pałac większy niż wiele miast
W Brunei znajduje się największy pałac mieszkalny świata – Istana Nurul Iman, rezydencja sułtana. Ma ponad 1700 pokoi, przeszło 200 łazienek i ogromne garaże dla setek samochodów. Na co dzień pałac jest zamknięty dla zwiedzających, ale raz w roku – podczas święta kończącego Ramadan – jego bramy otwierają się dla mieszkańców. Tysiące ludzi przychodzą wtedy złożyć życzenia rodzinie sułtana, a goście dostają posiłek i drobne prezenty. Czy warto zajrzeć do Brunei? Na pewno nie warto zamykać się na nowości, a Brunei z całym swoim pakietem rzeczy dziwnych i wyjątkowych absolutnie zasługuje na uwagę. Czy to miejsce, które polecam się innym? To już absolutnie rzecz gustu. Warto je zobaczyć – czy warto wrócić – to już zależy od tego, czego się po takiej wyprawie oczekuje. Nam jeden raz wystarczy 😉






Dodaj komentarz