Dodanduwa to niewielka miejscowość położona na południowo-zachodnim wybrzeżu Sri Lanki, pomiędzy Hikkaduwą a Galle. Teoretycznie blisko popularnych punktów turystycznych, praktycznie – zupełnie poza głównym nurtem ruchu.

Próżno, szukać tu wielkich hoteli ani resortowych kompleksów. Jest lokalna zabudowa, mały port rybacki z wspaniałymi kolorowymi łodziami przypominającymi katamarany, są wąskie uliczki kierujące na nadbrzeże i codzienne życie, które toczy się swoim rytmem – bez pośpiechu i bez scenografii pod turystów.

Rozpytywaliśmy kierowców tuk tuków o fajne miejsca w tej cześci Sri Lanki. Pytanie dziwiło, może dlatego odpowiadali chętnie dzieląc się hojnie informacjami. Nasze kryteria były proste: szukamy miejsca:
– bez głośnych turystów uważających że mają prawo własności do wciąż wspólnej przestrzeni, tylko dlatego, że zdarzyło się im wykupić w pełni zorganizowaną wycieczkę z dostępem do leżaczka i kawałka plaży,
– bez plażowych barów, toku, głośnych bitów i podchmielonych królów życia mylących plażę publiczną z własnym ogródkiem
– cichą, lokalną, wciąż zorientowaną na naturę.
Padało kilka nazw – w tym właśnie Dodanduwa. Wiedzieliśmy już, że to plaża zupełnie inna niż Hikkaduwa, Mirrisa czy Unawatuna. Inna – znaczy, cicha, zwykłam wciąż naturalna, bez nachalnej ingerencji człowieka. To intrygowało.

Zachęceni plażą Narigama, gdzie i owszem infrastruktura plażowa istnieje ale tuż obok nie, równolegle także plażowa kindersztuba, przy stosunkowo znikomej ilości plażowiczów (co być może podyktowane było brakiem piku turystycznego), postanowiliśmy wybrać się na Dowanduwa Beach i sąsiednią Dodanduwa Cliff.

Do nadbrzeża, z naszej miejscówki dotarliśmy tuk tukiem. Rybacka, spokojna wioska znajduje się niespełna 4 km od wynajmowanego przez nas domku i około 2-3 km od głośnych i tocznych plaż… Od centrum Dodanduwy do plaż specjalnie daleko nie było, zwłaszcza, że i droga okazała się dość malownicza. Klucząc wąskimi uliczkami między domami i ogródkami z suszącym się na płotach praniem, weszliśmy na teren małego lokalnego portu z kolorowymi łodziami rybackimi (trochę przypominającymi katamarany), Dudanduwa Beach – trzy oblicza jednej plaży

Dodanduwa Beach nie odsłania się od razu. Raczej prowadzi Cię kawałek po kawałku, zmieniając klimat co kilkadziesiąt metrów. Idziesz i masz wrażenie, że co chwilę trafiasz na inną plażę — choć wciąż jesteś w tym samym miejscu.

1. Mała, spokojna zatoka
Na początek trafiasz do niewielkiej, kameralnej zatoki z długo płytką wodą. Takiej, która zaprasza do powolnego brodzenia przy brzegu, moczenia stóp i gapienia się w fale bez planu na cokolwiek więcej. Zwykle jest tu kilka osób: lokalni chłopcy próbujący swoich sił na deskach i pojedynczy podróżnicy, którzy najwyraźniej też szukali ciszy, a nie atrakcji.


2. Złota przestrzeń pod palmami
Kilka kroków dalej robi się szerzej. Otwiera się długi pas złotego piasku, a naturalna formacja skalna wcinająca się w ocean daje cień i najlepszy punkt widokowy w okolicy. Stąd widać łodzie wypływające na jednodniowe połowy i linię horyzontu, gdzie ocean spokojnie styka się z niebem. To ten fragment, w którym człowiek automatycznie zwalnia krok — bo wszystko dookoła wygląda zbyt dobrze, żeby przejść obojętnie.


3. Dodanduwa Cliff
Na końcu plaży krajobraz zmienia się jeszcze raz. Pojawia się Dudanduwa Cliff — porośnięta zielenią formacja skalna, wciśnięta prosto w ocean. Tu robi się najciszej. Słychać tylko fale rozbijające się o skały, wiatr i własne myśli. Krajobraz trochę jak z Seszeli, tylko bez tłumu, bez biletów i bez plastikowej oprawy „atrakcji turystycznej”. Można tu siedzieć godzinami — w cieniu, na słońcu, bez planu i bez potrzeby robienia czegokolwiek. stamtąd jeszcze parę minut między domostwami i znaleźliśmy się na Dodanduwa Beach.


Przyroda, która robi swoje bez scenografii
Najfajniejsze jest to, że to miejsce nie próbuje niczego udawać. Tu natura jest sobą. I nikt tego jeszcze nie zepsuł tworząc infrastrukturę pod masowego turystę.

W płytkich partiach wody można obserwować maleńkie rybki. Po skałach i piasku maszerują całe kolonie krabów. Nad głową krążą ptaki, a zieleń jest intensywna, żywa, gęsta.

Co nas bardzo mocno zdziwiło i uszczęśliwiło, z małymi wyjątkami, ta część wybrzeża jest bardzo czysta. I choć centrum Hikkaduwy generuje hałas, nie jest on tak dotkliwy, jak ten, z którym zetknęliśmy się w okolicach Galle i Mirrisy. Dodatkowy plus, że jak widać – jest gdzie uciec gdy rytm miasta zmęczy…Tuż obok Hikkaduwa Beach i Turtle Beach znajduje się Narigama Beach, za nią Dodanduwa i Ahangama – również cicha i senna. Dla nas – taka alternatywa to poezja.


Brak infrastruktury jako największa zaleta
Na całej długości Dodanduwa Beach znajdziesz właściwie jeden niewielki bar, gdzie można kupić coś do picia. I to wszystko.
Nie ma:
głośnej muzyki, rzędów leżaków (kilka statycznych, niedaleko baru), naganiaczy, parasoli z logo piwa, tłumów walczących o kawałek cienia.
Jest za to przestrzeń. I cisza.

To także plaża, na której rzadko spotyka się ludzi, którzy traktują wspólną przestrzeń jak prywatny salon z głośnikiem bluetooth. Jeśli ktoś potrzebuje hałasu, Dodanduwa go znudzi do cna.

Podróżowanie zamiast masowej turystyki
Dudanduwa nie jest miejscem „instagramowym” w klasycznym sensie. Nie ma huśtawek nad klifem, neonowych napisów ani kawiarni stylizowanych na te budujące komercyjną legendę Bali.
I całe szczęście.

To przestrzeń dla tych, którzy, wolą spacer niż selfie, a także być a nie zaliczać i obserwować a nie tylko konsumować. Po dniu spędzonym na tak intensywnym kontakcie z naturą w głowie panuje spokój, a w ciele równowaga i rozluźnienie.


Dla kogo jest Dodanduwa?
Jeśli lubisz bary na plaży, muzykę do zachodu słońca i towarzystwo tłumu – Dodanduwa będzie dla Ciebie nudna.
Ale jeśli szum wiatru w palmach działa na Ciebie kojąco, marzy Ci się fragment „bezludnej wyspy” i chcesz naprawdę odpocząć głowę…to Dudanduwa może być dokładnie tym, czego szukasz.

Sri Lanka ma wiele znanych punktów na mapie. Dodanduwa nie należy do nich. I właśnie dlatego jest tak cenna.

Dlaczego mówić o tym miejscu?
Bo takie miejsca działają jak reset. Na głowę, ciało i sposób myślenia o podróżach.
Dodanduwa nie oferuje atrakcji. Oferuje ciszę, przestrzeń i oddech — czasem dokładnie to, czego najbardziej potrzebujemy, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiemy.

Dziś takich miejsc ubywa. Nie, nie tylko na Sri Lance, lecz wszędzie. I nie dlatego, że znikają z mapy, ale dlatego, że coraz częściej są przerabiane na produkt: z cennikiem, playlistą i gotowym scenariuszem przeżywania zachodu słońca.

Dodanduwa jeszcze się temu opiera. Wciąż jest miejscem dla ludzi, nie dla algorytmów. Dla tych, którzy chcą naprawdę być — a nie tylko bywać. I może właśnie dlatego warto o niej mówić: nie po to, żeby ściągać tu tłumy, ale żeby przypominać, że podróżowanie może być inne. Uważne. Skromne. Prawdziwe. I że wciąż da się znaleźć fragment świata, który niczego od nas nie chce — poza obecnością.






Dodaj komentarz