(Każdy powinien choć raz) zamieszkać w cieniu Kinabalu

Być może jednym z największych paradoksów naszych czasów jest to, że potrafimy być wszędzie, a jednocześnie nigdzie naprawdę nie jesteśmy. I co gorsza, zawsze mamy jakąś wymówkę, by, nawet będąc w wymarzonym miejscu, zamiast patrzyć przed siebie – trzymać nos w telefonie, wybierając ekran, a nie to, co na żywo. I żeby nie było – my też mamy telefony, i social media, i – z komunikatorów również korzystamy. No właśnie – i w tym chyba szkopuł, że korzystamy, zamiast – dawać się im wykorzystywać.

Widok na Kinabalu Mountain z „naszej” chatki

I coraz częściej świadomie je ograniczamy, wylogowując się z tego uzależniającego systemu na korzyść prawdziwego przeżywania życia.

Dlaczego?

By zachować równowagę i by to, co wielu niepostrzeżenie spowszedniało – nas nadal cieszyło i napędzało.

Weranda i nasz podwieczorek. Próbowaliśmy malajskich słodyczy 🙂

Z tego powodu zamieszkaliśmy w prostej chatce nad deszczowym lasem, z małą bambusową werandą, z której rozpościerał się widok na Kinabalu, który jest najwyższym szczytem Malezji.

Kinabalu, święta góra Malajów. Mieliśmy ją „na wyłączność” o każdej porze, iprzez cały pobyt tutaj.

Ranau – inny świat tylko dwie godziny od głośnego Kota Kinabalu

O ile Malezja to kraj, w którym od lat istnieją obok siebie różne religie i wierzenia, o tyle Ranau to miejsce, w którym tę harmonię dokładnie widać i czuć. Miasto i region słynie z wielokulturowej harmonii między religiami i lokalnymi zwyczajami. Innymi słowy, jest tu spokojnie, przyjaźnie, zwyczajnie i to się czuje na każdym kroku. To prawdziwy tygiel, w którym obok siebie w spokoju i szacunku koegzystują muzułmanie, chrześcijanie, buddyści, taoiści i wyznawcy wierzeń lokalnych, bazujących na rytuałach związanych z przyrodą i rolnictwem. Tu świątynie, kościoły i meczety współistnieją w swoim najbliższym sąsiedztwie, a lokalne społeczności uczestniczą w życiu sąsiednich wspólnot i to niezależnie od wyznania.

Kampung Marakau. Borneo. Każde gospodarstwo to przynajmniej jeden pies, a że nie ma tu zbyt wielu płotów- spotykają się i patrolują (kontrolują?) pokaźnymi bandami całą dzielnicę 😉

W drodze na trekking do wodospadu Langanan. Kupujemy nasi lemak (ryż z jajkiem) i słodkości

okolice Ranau, integracja 🙂

Tu kupiliśmy pyszne mangostany i rambutan

Ranau to tylko noclegownia na chwilę? Wielkie niedoszacowanie

Ranau nazywane jest też bazą wypadową na trekking po stokach Kinabalu czy wypad na gorące źródła w Poring Hot Spring z osławionym spacerem w koronach drzew. Wciśnięcie Ranau w taką małą i płytką szufladkę to wielka niesprawiedliwość. Ranau to miasto z pysznym lokalnym jedzeniem, jakie zamówisz w wielu lokalnych knajpkach i jadłodajniach. Tu zrobisz też konkretne zakupy w dobrze wyposażonych sklepach spożywczych i tych typu: mcgyver, upierzesz ciuchy (funkcjonuje uliczna pralnia z wieloma pralkami i suszarkami, które uruchomić można za mniej niż 10 zł) i pospacerujesz w każdą pogodę – chodniki są zadaszone, przyroda wokół zachwyca, temperatura w lutym, gdy tu byliśmy, to przyjemne 24-25 stopni w dzień i trochę niżej w nocy. Najpiękniejsze jest jednak to, co trochę za miastem. Przycupnięte przy mieście wsie to miejsca, które po prostu trzeba zobaczyć, a najlepiej – w jednej z nich zamieszkać.

Okolice Ranau
Droga do naszej miejscówki. Jeszcze asfaltowa droga 🙂
Kampung Marakau. Sabah. Borneo

Jak zwiedzać Ranau i czy warto?

Okolice Ranau warto zwiedzać mając samochód. Liczne przewyższenia i mnogość wędrujących całymi stadami półdzikich psów, to coś, co mocno utrudnia swobodne i bezstresowe przemieszczanie się po okolicy. A jest tu co oglądać, poza typowej dżunglowej roślinności, w przydomowych ogrodach rosną kokosowe palmy, ananasy, pitaje, chlebowce, cempedaki, marangi, duriany (w tym belanda), rambutany, awokado, papaje i marakuje. Choć pojawiają się na straganach i można je kupić wprost od gospodarza, traktowane są raczej jak dodatek, nie główny zarobek. Okolica znana jest raczej z hodowli ryżu i warzyw – także kapustnych.

Zobaczenie w naturze, jak rośnie owoc znany tylko ze sklepowej półki i spróbowanie, jak smakuje to coś, co cieszy nas bez względu na szerokość geograficzną.

Tak rośnie ananas 🙂
…a tak – awokado.
Dary natury zakupione na pobliskim straganie. Tu: rambutan i mangostan

Wraz z pędem cywilizacyjnym my, ludzie, staliśmy się przede wszystkim spieszącymi się konsumentami robiącymi wiele rzeczy – mechanicznie i z przyzwyczajenia. Często kupujemy więc różne produkty, nie zahaczając o myśl, jak doszło do tego, że trafiają do naszych rąk. A to zawsze fascynująca historia mocno poszerzająca światopogląd. Pomyśleliśmy, że warto się tym dzielić.

I właśnie z tego powodu podczas jednej z wypraw do Azji (to było w 2024 roku – Sri Lanka, pola herbaty na Lipton Hills) zapoczątkowaliśmy naszą autorską serię, którą wciąż wzbogacamy o kolejne artykuły. Tu znajdziesz serię artykułów TAK ROŚNIE, gdzie opisujemy odwiedziny w miejscach, w których rosną tropikalne rośliny.

Borneo. Okolice Ranau. Chwila po deszczu.

Ranau. Rondo ze słynnym. imbryczkiem i filiżanką herbaty
Pattaya fried rice – zasmażany ryż z warzywami owinięty w cienki omlet i pierwszy w Ranau Teh Tarik.

Ranau. Sklep z bardzo śpiącym kotem stróżującym

A wracając do Kinabalu Mountain

Szukając ciszy i kontaktu z przyrodą, zamieszkaliśmy w wiosce Kampung Marakau. To wioska oddalona od Ranau o jakieś 4-5 km. Naszym tymczasowym domem stała się chatka obita bambusem, umiejscowiona nad lasem deszczowym, z małą werandą, z której roztaczał się trójpoziomowy widok – na ogród z tropikalnymi owocami i mały kurnik, na las deszczowy – i wreszcie na Kinabalu, najwyższy szczyt Borneo i Malezji. Nie było tu specjalnych udogodnień, automatów z kawą i innych rzeczy, do widoku których człowiek tak łatwo się przyzwyczaja, był za to szum lasu, świergot ptaków, pianie koguta i odgłos deszczu padającego nocą nad okolicą.

Dostąpiliśmy i my zaszczytu podziwiawiania Kinabalu w pełnej krasie. Bez chmurzastej zasłony. To był moment bo za chwilę szczyt znów spowiły chmury. Ale – był!
Kinabalu. Borneo

Czy warto poświęcić wygodę dla tego, co kiedyś było naturalne?

Przyroda uspokaja, koi i pozwala dostrzec świat z właściwej perspektywy. Przypomina też, że kiedyś nie musieliśmy szukać spokoju na końcu świata, bo wystarczyło wyjść do parku czy lasu, by go znaleźć. Dziś, gdy świat zdominował hałas, nawet w lesie, na plaży, na pustyni czy w polach słyszy się jazgot z gierki zainstalowanej na telefonie, muzykę puszczaną nie w słuchawkach, ale na forum, często przez przenośny głośnik. Nierzadko, czy człowiek chce, czy nie chce, i tak musi uczestniczyć w rozmowie prowadzonej „na głośniku” przez obcych ludzi w tej samej przestrzeni.

Okolice naszej chatki. Jedyny dźwięk, jaki był tu słyszany to szum palmowych gałęzi i owady.

Właśnie dlatego warto zamieszkać choć przez chwilę w miejscu, gdzie nie ma przestrzeni zaśmieconej hałasem. A miejsca takie to coraz większa rzadkość. Szkoda, bo właśnie wtedy, gdy cichnie infantylny jazgot emitowany przez smartfony i samych użytkowników tychże, słychać istotę tego, po co tu jesteśmy.

Weranda naszej chatki. Wypita kawa, cisza, natura, owoce z pobliskich upraw. Chwila idealna.

I siedząc na drewniano-bambusowym tarasiku, patrząc na ukryty pod pierzynką z chmur czterotysięcznik, myślę sobie, że dziś nie jest sztuką znalezienia tylko i wyłącznie „swojego miejsca na świecie”. Dziś sztuką jest znalezienie w tym świecie – ciszy.

Dopiero wtedy, gdy znajdzie się ciszę – znajdzie się własne miejsce.

PS. Dziś wyszło bardziej filozoficznie niż zwykle, ale w takim miejscu trudno rozprawiać o cenach, okazjach i promocjach.

Kampung Marakau. Borneo. Tu jeszcze napawy się naturalną ciszą, wiedząc już, że kilka kolejnych miejscówek nie da nam tego luksusu, ale o tym – w kolejnych artykułach

Newsletter

Zostaw swój e-mail, aby otrzymywać informacje o nowych wpisach na blogu!

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *