Są miejsca, które zachwycają od pierwszego spojrzenia. I takie, które wymagają chwili – a nawet dwóch – by ten zachwyt naprawdę poczuć. Cidade Velha, miasto, do którego zajrzeliśmy, będąc na Santiago, należy do tych drugich.

Odwiedzając Cidade Velha bez choćby cienia historycznego kontekstu, widać jedynie niewielkie, spokojne miasteczko. Nieco senne, z oryginalnymi, kolorowymi budynkami, barwnymi łódkami i słynną „bananową” ulicą, rozsławioną przez Instagram.

Można spędzić tu popołudnie, zrobić kilka ładnych zdjęć i nie wiedzieć, czym ta mała mieścinka była kiedyś. To jednak spora strata – bo zupełnie inaczej odbiera się to miejsce, wiedząc, że pamięta czasy zarówno wzniosłe, jak i okrutne.

Cidade Velha była kiedyś miejscem ważnym. To tu krzyżowały się szlaki handlowe, zapadały wyroki i decyzje, a ważyły się losy ludzi, których z powodu koloru skóry nie uważano wówczas za ludzi. Wiele wieków temu miasto znajdowało się w samym centrum wydarzeń, które odcisnęły ślad w historii świata. Łatwo zachwycić się krajobrazem tego spokojnego dziś miasteczka, ale warto mieć też świadomość ciężaru historycznej odpowiedzialności, jaki na nim spoczywa. To naprawdę zmienia perspektywę.

I właśnie dlatego ten tekst to nie tylko relacja z pięknego miejsca z palmami. Chcemy nakreślić kontekst historyczny, bo to on nadaje kolor i głębię temu, co tu można zobaczyć i – poczuć. Można przyjechać i spędzić miłe popołudnie, robiąc masę zdjęć – bo bez dwóch zdań, miejsc do instagramowych kadrów jest tu wiele. Ale jeśli spojrzeć na miasto, wiedząc, czym naprawdę było, odkrywa się je z zupełnie innej perspektywy. I choćby z powodu tej różnicy warto zobaczyć Cidade Velha, wiedząc, jaką rolę pełniło to miasto na początku swojego istnienia.

Najstarsze miasto w tropikach
Zacznijmy od tego, że Cidade Velha – dawniej Ribeira Grande – to nie tylko punkt na mapie. W XV wieku było miejscem ambicji, interesów i wielkich planów. To tutaj Europejczycy założyli swoje pierwsze miasto w Afryce Subsaharyjskiej, wierząc, że ocean można oswoić, a świat uporządkować według własnych zasad.

Przez lata Cidade była stolicą całego archipelagu Cabo Verde – żywym portem, gdzie krzyżowały się szlaki, języki i losy ludzi. Dziś jej znaczenie jest inne, ale by świat nie zapomniał, czym naprawdę były podboje dalekich lądów i jak wiele istnień kosztowało „cywilizowanie” obcych kultur, miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Choć to nobilitacja, trochę niezręcznie rozpatrywać ją w kategorii „nagrody”. Zważywszy na całokształt, bardziej pasuje nam tu określenie: „obowiązek pamiętania”.


Kamienne domy, brukowane uliczki, ruiny dawnych budowli i ocean w tle tworzą niemal pocztówkowy obraz. To fakt. Ale Cidade Velha nie jest dekoracją. To żywy zapis historii – tej jasnej i znacznie mroczniejszej. Przemierzając miasto w tym duchu, odczuwa się je zupełnie inaczej. I wtedy to nie jest tylko „zwiedzanie” i cykanie fotek, ale – bycie w środku lekcji historii. Niewiele jest takich miejsc, gdzie echa minionych czasów słychać tak wyraźnie. Cieszymy się więc, że jedno z nich mogliśmy zobaczyć i – odczuć osobiście.


Rua Banana – żywa ulica, a nie skansen
To właśnie Rua Banana przyciągnęła nas do Cidade Velha. Ulica z epoki jest jedną z wizytówek południowej części Santiago. Chcieliśmy sprawdzić, co tu jest faktem, a co jedynie marketingowym chwytem.

Czy się zawiedliśmy? Na szczęście nie. Rua Banana nie rozczarowała, choć okazała się znacznie krótsza, niż sugerowały liczne opisy i zdjęcia. To najstarsza ulica w Cabo Verde i jedna z najstarszych europejskich ulic w tropikach. Przeszliśmy ją całą. Cała trasa zajęła może dwadzieścia minut, choć nie spieszyliśmy się i dodatkowo robiliśmy przerwy na zdjęcia.

Choć długość nie robi wrażenia, Rua Banana nadrabia autentycznością. To ulica naprawdę „z epoki”. Jest wąska, wybrukowana kamieniem, z prostymi domami z kamienia i wapna. Niektóre dachy wciąż pokrywa strzecha, inne zyskały współczesne poprawki. W tym niepasującym do siebie połączeniu widać, że miejsce nie jest rekonstrukcją. Ono po prostu trwa.

Rua Banana nie jest nieczynnym muzeum. Pod wielkimi bananowymi liśćmi wciąż mieszkają ludzie, jeżdżą samochody, toczy się drobny handel, słychać rozmowy i zwykłe dźwięki dnia codziennego. Historia nie została tu wyciszona – funkcjonuje obok teraźniejszości. I to, według nas, stanowi siłę, tego miejsca.


Kościół – kamienny znak władzy i porządku
W pejzażu Cidade Velha trudno pominąć kościół Nossa Senhora do Rosário – najstarszą zachowaną budowlę sakralną w Afryce Subsaharyjskiej. Stoi tu od końca XV wieku i wiele widział…

Nie jest monumentalny ani przytłaczający rozmachem, a jednak jego obecność była mocno znacząca. Kościół był jednym z pierwszych narzędzi porządkowania nowej rzeczywistości – religijnej, społecznej i politycznej. Wraz z nim przyszły system wartości narzucony z zewnątrz, nowa hierarchia i nowy język władzy.

Dla kolonizatorów kościół był znakiem stabilności i kontroli. Dla lokalnej ludności – symbolem obcej dominacji, ale też miejscem realnego życia: chrzty, śluby, pogrzeby, codzienna obecność wiary splecionej z przymusem historii. Dziś to maleńki obiekt sakralny, który zachwyca prostotą i skromnością.

Bez kontekstu historycznego – to tylko kolejny mały, stary, uroczy kościółek, ale z zarysem okoliczności, w jakich przypadały lata jego świetności, jego poznawanie nabiera innego znaczenia.

Życie w cieniu okrucieństwa
Faktem jest, że Cidade Velha była miejscem spotkania kultur, narodzin kultury kreolskiej, języka, muzyki i tożsamości Cabo Verde. Była też czymś jeszcze. Jednym z kluczowych punktów atlantyckiego handlu niewolnikami.

To tutaj ludzi sprowadzano, selekcjonowano, sprzedawano i wysyłano dalej – w imię zysku, wbrew człowieczeństwu.

W samym centrum miasta stoi Pelourinho – pręgierz, kamienna kolumna, przy której wymierzano zasądzone kary chłosty. Kiedyś był symbolem kolonialnej władzy i miejscem, gdzie człowiek stawał się towarem pozbawionym swoich praw. Dziś to niemal niezauważalna niewielka kolumna, stojąca pośrodku innych zabudowań. Nie, nie zrobiliśmy zdjęcia. Tak jak i nie robimy zdjęć w Auschwitz, na Polach Śmierci w Kambodży, w Muzeum Pozostałości Wojennych w Wietnamie i w innych miejscach, w których dokumentowano pamięć ludzkiego okrucieństwa. Wyszliśmy z założenia, że zainteresowani mogą je znaleźć na stronach muzeów.

Dlaczego warto tu przyjechać?
By zobaczyć na własne oczy to, co w przewodnikach jest tylko suchymi faktami. Tu pośród starych i nowych zabudowań – nabiera kształtu. Cidade Velha nie ukrywa przeszłości. Jej ulice, ruiny, pręgierz – wszystko to jest milczącym świadkiem ludzkiej chciwości, okrucieństwa, buty i podłości. Ale też przypomnieniem, że z najtrudniejszych doświadczeń potrafią rodzić się nowe kultury, języki i tożsamości. I właśnie to wybija się na pierwszy plan w tej niepozornej mieścinie i sprawia, że warto ją poznać bliżej. To równowaga między żywą kulturą a krzywdą, z jakiej powstała.

Dziś Cidade Velha to mała społeczność: domy, szkoła, lokalne bary i restauracje, w których można zjeść prostą rybę z grilla i cachupę, napić się kawy. Dzieci biegają po uliczkach, starsi siedzą w cieniu, prowadząc rozmowy lub obserwując życie miasta.

Na plaży, tuż przy brzegu, stoją kolorowe łodzie rybackie – nie atrakcja turystyczna, nie dekoracja do zdjęć, choć wyglądają wspaniale. To narzędzia pracy. Rano wypływają na ocean, po południu wracają z połowem. Rybacy cerują sieci, kobiety sprzedają ryby. To życie.

Cidade Velha – „stare miasto” – to w istocie miasteczko. Zwłaszcza po sezonie, ciche i senne. Czy warto je odwiedzić, skoro główną atrakcję obejrzy się w niespełna pół godziny? Naszym zdaniem – warto. Choćby po to, by zobaczyć, że to nie jest ponury skansen ale neutralna kronika, która harmonizuje z teraźniejszością.


Dodaj komentarz